O sile nadziei

Bardzo dobrze pamiętam dwa ze styczniowych dni 2016 roku. Nie jestem w stu procentach przekonana, co do daty, ale była to zima sprzed kilku dobrych lat. Z moim ówczesnym chłopakiem lecieliśmy z Krakowa do Gdańska, żeby stamtąd przemieścić się do Sopotu, gdzie wykupiliśmy nocleg w chińskim hotelu z widokiem na morze i możliwością wyjścia z pokoju prosto na plażę. Jak przekonałam się później, był to wyjazd błogosławiony przez jakąś wyższą siłę. Pamiętam jeszcze, że w samolocie, jakbym przeczuwała, że niedługo moim życiem trochę zahuśta, zaczęłam czytać psychologiczną gazetę. Artykuł traktował o spowolnieniu, wdzięczności, radości chwilą, zadbaniu o siebie. Ta ja sprzed kilku lat puściła by to bokiem, gdyby nie fakt, że tego dnia dziwnym trafem moja świadomość postanowiła wziąć to do siebie. Kolejny etap podróży obejmował SKM-kę z Gdańska do Sopotu. Wtedy właśnie zadzwonił telefon. Odebrałam nieznany numer. Pielęgniarka poinformowała mnie o niepokojącym wyniku cytologii, którą robiłam kilka tygodni wcześniej i powiedziała, że jak najszybciej muszę skontaktować się z lekarzem. Zapytałam, czy może mi podać dokładny wynik. Okazało się, że nie. Dopiero lekarz miał to ocenić. Wpadłam w panikę. Przeczuwałam najgorze w tej sytuacji, czyli raka szyjki macicy. Słyszałam wcześniej o tych telefonach z przychodni – kiedy wynik jest zły. Tego wieczoru, po dotarciu do Sopotu poszliśmy jeszcze zjeść coś w wegetariańskiej knajpce. Rozmawiałam tam z mamą. Byłam przerażona. Idąc deptakiem patrzyłam na witrynę księgarni, a w niej książki pisane przez osoby chore na raka – księdza Kaczkowskiego i któregoś z radioprezenterów Trójki. Moje ciało i psychika bały się, że to też mój los. Pamiętam, że któregoś z tych dni pełnych niepewności w hotelowym telewizorze wieczorem leciał Forrest Gump, co stanowiło pocieszenie. Na drugi dzień rano, wyszłam pospacerować na plażę. Stanęłam blisko wody. Mój partner oddalił się w innym kierunku, robiąc zdjęcia. Obok mnie wypoczywało stado łabędzi. Nagle, podniosły się ze swoich miejsc i mnie otoczyły. Potem położyły się wokół mnie. Byłam bliska płaczu. Czułam, że one współodczuwają wraz ze mną. Okazują swoją troskę. Miałam poczucie, że to Bóg daje mi znak, że natura i ja to jedno, że cokolwiek by się nie stało jestem w dobrych rękach. Na drugi dzień pojechaliśmy do Gdyni, odebrać wyniki, które miały być przefaksowane z przychodni z Krakowa do tutejszej placówki. Od razu też miałam umówioną wizytę z lekarzem, który miał zinterpretować wynik. Kiedy odebrałam wynik i zaczęłam czytać nieznaną terminologię, opisującą zmiany w mojej tkance, zrobiło mi się niedobrze. Wyobraziłam sobie, że to już wyrok. Czekając w kolejce do lekarza życie przesuwało mi się przed oczami, byłam pewna, że przede mną niewiele życia. Możecie sobie wyobrazić jak wielka była moja ulga, kiedy lekarz powiedział, że to stan przednowotworowy, ale niekoniecznie rak. Trzeba zrobić biopsję i prawdopodobnie operację. Najlepiej spokojnie dokończyć urlop i pójść do lekarza za kilka dni w Krakowie, gdzie wszystko ustalę i przejdę dokładniejsze badania. Po tych słowach wstąpiło we mnie życie. Po wyjściu z kliniki, zaczęliśmy marzyć, jakich projektów moglibyśmy się podjąć. Nagrać film artystyczny! Zaczęliśmy nawet kręcić pierwsze ujęcia tuż po poznaniu tych dających nadzieję wiadomości. Industrialna Gdynia zaczeła się wydawać piękna i do tej pory bardzo ją lubię. W drodze powrotnej do hotelu kupiłam sobie gruby sweter. Znowu czułam się otoczona ciepłem. Byłam tak bardzo wdzięczna.

fot. M.Ryczek, na zdjęciu właśnie ten sweter.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: